Okres międzywojenny to dynamiczne budowanie polskich wioseł. Zapał, zaangażowanie społeczne wreszcie powstające towarzystwa wioślarskie to doskonały grunt dla rozwijających się talentów. Wymieniać by można nazwiska znaczące w Europie i świecie. Była między nimi polska wioślarska gwiazda najjaśniejsza, Roger Roland Verey. Postać, której II wojna światowa załamała karierę, odebrała szansę na dalszy rozwój. Złe, trudne czasy, w których mimo to budują się wzorce, rodzą legendy sportu. Tym większy szacunek za talent i wkład włożonej pracy byśmy dziś mogli to doceniać. „Rożek” – bo taki przydomek miał Roger Verey to potomek węgierskiego adwokata Rolanda Vereya i Polki Ireny Włodek. Sprawy zawodowe ojca przenosiły całą rodzinę z Lozanny (Szwajcaria) gdzie urodził się Roger 14 marca 1912 roku do Nicei (Francja) i dalej Monaco. Proszę pamiętać, że rok urodzenia naszego bohatera to okres, w którym Polski nie było na mapach Europy. Verey jest obywatelem świata. Młodość to nauka i sport. Lubi pływanie, ale przede wszystkim gra w piłkę nożną na lewym skrzydle gimnazjalnej drużyny. Sam później przyznaje, że okres ten miał duży wpływ na jego rozwój fizyczny. Pierwszy cios od losu otrzymał w wieku 17 lat, jego ojciec ginie w wypadku samochodowym. Jest rok 1929, mamy wolną Polskę i z matką przenosi się do Krakowa. Życie przewróciło się do góry nogami, nowy kraj, nowi ludzie, nowe środowisko. Słabo i z obcym akcentem posługuje się językiem nowej ojczyzny. Pewnie jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak silnie będzie związany z Polską i jak wielki będzie miało to wpływ na jego tożsamość. Znajomość języka węgierskiego i francuskiego, dawane korepetycje to duża pomoc przy utrzymaniu budżetu domowego. Życie jakoś się toczy, ale młody chłopak marzy o studiach w warszawskim Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego. Tęskni za morzem, namiastką są spacery nad Wisła gdzie coraz częściej zwraca uwagę na osady łodzi wioślarskich poruszające się między statkami, galerami, barkami. Jakby dziś powiedzieć, zaczyna go to „kręcić”. Pomaga jedna z kuzynek, gdzie po znajomości i protekcji zostaje warunkowo przyjęty do sekcji krakowskiego AZS. 20 maja 1929 r. to jest ten dzień, narodziny gwiazdy. Młody, wysoki i chudy chłopak nie budzący wizualnego zachwytu prowadzących wioślarską sekcję AZS-u zdaje egzamin. Zostaje dopuszczony do treningów. Czekać długo nie trzeba było, rok 1931 i pierwszy tytuł Mistrza Polski. Rok wcześniej mierzący 190 cm i ważący 70 kg (!) wygrywa wyścig debiutów, nowicjuszy na bydgoskich regatach. Oprócz jedynki zaczyna pływać z późniejszym swoim długoletnim przyjacielem Jerzym Ustupskim na „krótkiej” dwójce. Zaczyna się złota era polskich wioseł. Lata 1931 – 1939 to największe sportowe sukcesy Rogera Vereya. Spektakularny rok 1935, złoto Mistrzostw Polski na jedynce i deblu z J. Ustupskim. Złoto na Mistrzostwach Europy w obu konkurencjach 1x i 2x. Za rok Igrzyska Olimpijskie w Berlinie. Nadzieje ogromne. Oczekiwania społeczne wielkie, prasowy „balon” nadmuchany do granic wytrzymałości. Należy pamiętać, że prasa w tym czasie była wraz z radiem (a nie każdy posiadał) jedynym źródłem informacji, tej sportowej też. Jak dzisiejszy Internet kształtowała wiedzę i świadomość opinii publicznej.
Będący u szczytu formy „Rożek” tak wspomina rok 1936 i Igrzyska Olimpijskie. Okres przygotowawczy bez kontrolnych międzynarodowych startów – „Tak więc, do Berlina wyjeżdżaliśmy bez jednego ostrego startu, tak ważnego sprawdzianu formy i możliwości. Nie świadczyło to dobrze o tych, którzy układali program przygotowań do olimpiady. Naszą ekipę olimpijską żegnały serdeczne życzenia osiągnięcia jak najlepszych wyników. Co do mnie i Jurka prasa w dalszym ciągu utrzymywała opinię publiczną w przeświadczeniu, że złote medale mamy w kieszeni. Zupełnie tak jakby nasi przeciwnicy zasypiali gruszki w popiele, jakby walka nie tylko o zwycięstwo, ale o miejsce w finale była fraszką”. Wydarzenie miało miejsce prawie sto lat temu, a wspomnienia uczestnika i jego postrzeganie prasy, jakby to było wczoraj. Polska ekipa przybywa z tygodniowym wyprzedzeniem na Igrzyska. Zakwaterowani zostaną w zamku Hohenzollernów !! w Köpenick. Nadeszły dni przedbiegów i do półfinału 1x Rogera trafia z pierwszego miejsca po mało wymagającym wyścigu. Dwójka z Ustupskim, którego dopadły problemy zdrowotne, potrzebuje repasaży. Verey w swoim pamiętników i w tym miejscu wspomina okres przygotowawczy – „Brak startów w konkurencji międzynarodowej, niemożność sprawdzenia formy w ostrej walce, dawały się teraz odczuć. Nawet grypa Ustupskiego nie mogła być wytłumaczeniem naszego niepowodzenia. Byliśmy po prostu gorsi niż przed rokiem”. Do swojego półfinału nasz jedynkarz staje po repasażach na dwójce. Jak pisał, mimo wszystko był w dobrym nastroju i z przeświadczeniem, że bez problemu finał będzie z jego udziałem. Wiemy, że na tym etapie starty na jedynce się zakończyły. Poprzedzone ostrym bólem w okolicy żołądka i omdleniem. „Gdy wróciłem do przytomności, zobaczyłem nad sobą pochyloną twarz naszego lekarza dra Gerlacha. Wokół zgromadzili się zaniepokojeni koledzy. Między nimi zobaczyłem mego przeciwnika Gustava Schäfera… Sen o wieńcu laurowym rozwiał się bezpowrotnie… Był to dla mnie cios tak silny, że zobojętniałem całkowicie na wszystko, co się wokół mnie działo. Byłem zupełnie złamany”. Atmosfera w ekipie raczej kiepska. Kierownictwo i lekarz nie chcą słyszeć o starcie dwójki w finale. „Rożek” chce „rewanżu” za poprzedni dzień. Chce walczyć nie tylko dla siebie. Panowie zdobywają brązowy medal za Anglią i osadą III Rzeszy, Niemcami. „Regaty olimpijskie -regaty wielkich nadziei i jeszcze większych rozczarowań, skończone. Teraz przez łamy prasy będą płynąć niekończące się dyskusje i rozważania – co by było, gdyby ? Dlaczego ? Co było powodem ? Będzie się wynajdywać winnych, doszukiwać przyczyn” – cyt. R.V.. Roger przypomina sobie, że przyjęcie w kraju było ponad oczekiwania serdeczne. Poprawiło to jego nastrój, który mimo „brązu” nie był najlepszy. Badania lekarskie nie znalazły przyczyny startowego osłabienia. Długo jeszcze prasa dywagowała nad przyczynami, można nazwać klęski startowej. Ówczesny Prezes PZTW, prof. Loth w jednym z wywiadów odniósł się do takiego stanu rzeczy, wskazując na dwie przyczyny. Pierwsza to prasa, która zamiast wzmocnić ducha walki raczej go osłabiała. Opinia publiczna również nie wzmacniała nastrojów. Druga przyczyna według Prezesa to konflikt szkoleniowy stałego trenera inż. Bujwida z trenerem Hasplem i decyzjami związku. Winnych można szukać, tylko po co ? Wyciągać wnioski za to trzeba. Prawdziwie we wspomnieniach odniósł się do olimpijskiego zamieszania sam Verey – „Niewątpliwie bardzo przeżyłem nasze niepowodzenie na olimpiadzie. Nawet dziś, po tylu latach (rok 1957 przyp. autor), wracając pamięcią do tych chwil czuję gorycz i żal, za bezpowrotnie utraconą szansę zwycięstwa olimpijskiego. O czym więcej może marzyć sportowiec ?! Wydaje mi się jednak, że szukanie powodów klęsk w sporcie jest podobnie jak w życiu dowodem słabości niezgodnej ze szlachetną ideą sportu. Przegrałem czy przegraliśmy po prostu dlatego, że wtedy w Grünau byli lepsi od nas”. Czy trzeba coś dodać, w odczuciu autora artykułu nie ?
Jak już wspomniałem najpiękniejsze lata tej kariery sportowej to lata trzydzieste zeszłego stulecia. Roger Verey, jakby to powiedziała dzisiejsza młodzież, rządził niepodzielnie od roku 1931 do wybuchu wojny, czyli do roku 1939. Zdobywając kolekcję medalową Mistrzostw Polski w jedynce, dołożył również w dwójce parę złotych krążków. W tak zwanym międzyczasie przywiózł z Mistrzostw Europy trzy złote, dwa srebrne i dwa brązowe medale. Przypominam z całą mocą, że w tamtych czasach nie organizowano zawodów rangi mistrzostw świata !!! (mistrzostwa świata w wioślarstwie po raz pierwszy odbyły się w roku 1962. Początkowo rozgrywane co cztery lata, a od 1974 r. corocznie. – przyp. autor). Wreszcie brązowy medal Igrzysk Olimpijskich w Berlinie 1936 r. W 1939 r. zajął II miejsce na jedynce w Królewskich Regatach w Henley-on-Thames nad Tamizą o „Diamentowe Wiosła”. Zdobył złoty medal na akademickich mistrzostwach świata w 1937 r. Został wybrany najlepszym sportowcem Polski w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” w 1935 r. Wybuch II wojny światowej bezapelacyjnie pozbawił go możliwości posiadania olimpijskiego złota. Oczywiście być może, ale szansy większej poza sportowo niespełnionym rokiem 1936 nie było. Po wojnie startował jeszcze z sukcesami na narodowym podwórku, zdobywając mistrzostwo Polski w latach 1945 – 1949, ale myślę że nie było to tyle efektem jego wytrenowania co raczej stanem sportu powojennej Polski. Na scenie międzynarodowej bez osiągnięć, podczas Mistrzostw Europy w 1947 r. i 1949 r. odpadł w eliminacjach. Od roku 1950 działacz sportowy, szkoleniowiec oddany budującej się na nowo strukturze polskich wioseł. Dla autora tego materiału inspiracją do jego popełnienia były wspomnienia Rogera Vereya opracowane przez mgr. Jacka Harmata i wydane przez Wydawnictwo „Sport i Turystyka” w roku 1957. Zatytułowane – “40000 KILOMETRÓW NA SKIFFIE”. Po przeczytaniu lektury wskazanej wyżej zobaczyłem człowieka, nie życiorys encyklopedyjny, a człowieka. Młodego faceta, który wygrał sportową sławę, ale schodzi ze sceny z porażką najważniejszych zawodów życia. Bez szansy zmiany tego stanu rzeczy. Czuję te jego wewnętrzne rozdarcie i pokorę. Dzielę te książkowe wspomnienia na okres przed okupacyjny i ten w nowej polskiej rzeczywistości. W pierwszej widzę te emocje, w drugiej smutek, może troszkę żalu. Widzę również patriotę, dla którego Polska, której do siedemnastego roku życia nie znał, bo i skąd, stała się domem, narodowym odniesieniem. Jakże znamiennym był jego tekst do niemieckiego przeciwnika z okresu międzywojennego, tak tego samego co IO 1936 r. w 1x wygrał, ten sam który jako oficer III Rzeszy namawiał go do zmiany obywatelstwa i trenowania niemieckich wioślarzy, ten sam, który wmawiał „Rożkowi”, że za dziesięć lat już nie będzie Polski, Słowian, że będą tylko wielkie Niemcy i ten sam który mimo wszystko dostał odmowę. On właśnie już jako trener wioseł RFN (Republika Federalna Niemiec) po dziesięciu latach od tego zdarzenia podczas Igrzysk w Helsinkach 1952 r. usłyszał od Rogera – no i co ? jesteśmy czy nas nie ma Panie Schäfer ?. Polecam lekturę książki, polecam pamięć Mistrza, bo chodź później byli inni, to jednak specyfika czasów, w których przyszło mu swoją sławę budować była chyba najtrudniejsza.
Autor – Marek Wejs
użyte cytaty pochodzą z książki – Roger Verey „40000 KILOMETRÓW NA SKIFFIE”
Foto NEC