Są imprezki, imprezy, są zdarzenia i to, co się zadziało w Warszawie. Anturaż urbanistyczny stadionu warszawskiego klubu piłkarskiego … tak, tego. Duża sala z widokiem na murawę, część nazwijmy to konsumpcyjna z poczęstunkiem dla uczestników. Spiker zawodów każdym słowem, budowaniem emocji, żartem, informacją, tworzył klimat. Około dwudziestu ergometrów gotowych do pracy i masa ludzka gotowa ją wykonać. Ponad sto siedemdziesiąt dusz. Różnica wieku między duszami, nie pytaj. Tyle wstępu.

Mistrzem człowiek się nie rodzi, mistrzostwo to cecha nabyta ciężką pracą. Można mieć talent, nawet jest potrzebny, ale praca dopiero ten talent winduje na wyżyny sportowej kariery. Często za dużą cenę. Co się dzieje, gdy spotkają się we wspólnym życiu dwa mistrzowskie, otwarte umysły. Dzieją się rzeczy niemożliwe. Agnieszka Kobus – Zawojska, Maciej Zawojski i ich Stowarzyszenie Olimpijskie „WygrywaMy”. Klub od ludzi dla ludzi. Osadzili się przy warszawskim Porcie Czerniakowskim i działają. „Złote Wiosła” – zawody na ergometrach wioślarskich. Powiesz serio ?? A cóż w tym wyjątkowego. Otóż nic, bo nie maszyna robi atmosferę, nie maszyna robi show. Dystans 500 m., wystartować może każdy, brak opłaty startowej. Celniej „strzelić” w potrzeby sportowego charakteru nie trzeba. Wszyscy punktualnie ściągają na rozpoczęcie zawodów. Brama i „ptaszek” przy nazwisku. Wchodzisz do budynku i szybka rejestracja w systemie. Formalnie jesteś obecny. Winda, sala i widok na płytę stadionu. Robi wrażenie, chociaż w TV wydaje się większy. Pierwsze to ludzie, dużo ludzi. Znajome twarze i te całkiem nieznajome. Później atmosfera spowodowała, że już są znajome. Sponsorzy przygotowali na barowych blatach poczęstunek sportowych smakołyków. Jest wszystko w takich ilościach, że nie przejesz, nie przepijesz. Batonik przyniesiony w plecaku czuje się samotny. Ten spiker, ciągle słychać spikera. Przyjazny, dowcipny, kontaktowy. Mówi, że w radio robi, pewnie tak. Na pewno, bo kubki reklamowe tej stacji są w pakietach nagrodowych. Nie musiał gość tego robić, a przyniósł, to miłe. Pani Agnieszka, „królowa balu” przemyka między uczestnikami, wita się, rozmawia. Wie, po co tu jest. Uśmiechem, dobrym słowem potwierdza, że wpis w rejestr startujących był dobrym pomysłem. Uroczyste rozpoczęcie krótkie, ale nie wyniosłe. Wszyscy ważni na scenie. Telewizja na antresoli … zaczynamy. Pierwsze grupy wiekowe wystartowały. Małe śmieszne łódeczki płyną po telebimie a doping, grzmi po sali. Pięćset metrów, to niedużo. Właśnie w tym problem, bo tysiąc, dwa tysiące, to taktyka, rozkładanie sił. W tym przypadku zamykasz oczy i byle przeżyć. Średnio półtorej minuty zleci jakoś znającym ergometr. Znakomita część to jednak amatorzy. „Złamane” dwie, trzy minuty budzą emocje, podobne do medalu olimpijskiego zawodowca. Dwa autobusy z łódzkiego się spóźniają. Wypadek na autostradzie zatrzymał wszystkich na parę godzin. Troszkę trzeba poczekać, drobna reorganizacja i biegi ciągle idą do przodu. Z powodu spóźnienia, niektóre grupy wiekowe startują w dwóch blokach. Rodzi to niezaplanowane wtórne emocje. Wygrani z wcześniejszego bloku czekają na rezultat startów spóźnionych rywali. Mamy komplet wyników. Możemy już kończyć, wszyscy jechali … o przepraszam, nie wszyscy. Dwie panie gdzieś się zagubiły. Żaden problem, szybka weryfikacja i zajmują miejsca na ergometrze. Dacie wiarę, że dla towarzystwa resztę ergometrów też zajmują osoby, które chcą przejechać dystans jeszcze raz poza konkursem. Tylko tak, by dziewczynom smutno nie było. Niewiarygodne, a jednak. Milknie spiker a w głośnikach, pojawia się „We Are the Champions” – Queen. Znaczy czas na ceremonię medalową. Zaczyna Pani Honorata, jest też Pan Lech, nestorzy 60+vat i dalej „lecą” już coraz młodsi. Medal, jedna torba, druga torba, jakiś gadżet, sponsorzy zaszaleli. Wygrani dostali jeszcze bilet na mecz, który rozpocznie się za parę godzin. Mecz gospodarza stadionu, na którym gościliśmy. Gościliśmy? Tak, bo nasz człowiek tam był i podzielił się emocjami z ergo-przygody.

Konkluzje? Będą. Wszyscy obecni, mieli nieodparte wrażenie uczestnictwa w spotkaniu, z którego emanowała potrzeba bycia dla ludzi, zrobienia czegoś ważnego dla tych ludzi. Jakby popularyzacja wioseł była tylko pretekstem, sposobem, narzędziem do realizacji tej potrzeby. Wszyscy chcieli się bawić sportem, bawić wiosłami i to dostali. Zarówno Ci z żyłką sportową, jak i Ci, którzy spróbowali tej aktywności po raz pierwszy. Organizatora tj. Stowarzyszenie Olimpijskie „WygrywaMy”, jego personalną siłę przewodnią można mniej lub bardziej uważać. Lecz jednego nie można Im odmówić, pasji i pozytywnego ciśnienia na promocję naszej dyscypliny. Promocję, przez radość bycia w odpowiednim czasie i miejscu odbiorcy, osób,  do której jest kierowana. Pani Agnieszka powiedziała kiedyś całkiem prywatnie, że celem Jej jest pokazać, że wioślarstwo nie jest dyscypliną gorszą od innych. Zgadzamy się bez dwóch zdań, sport dzieli się na te bardziej i mniej popularne dyscypliny. Na te bardziej i mniej „bogate”. Ludzie zaś mogą je pokazać w sposób przyjazny, burząc mity, złe wyobrażenia czy błędne postrzeganie. W tym przypadku to wszystko zadziałało. My dziękujemy, będziemy dobrze wspominać „Złote Wiosła” i mamy nadzieję do zobaczenia w przyszłym roku.

SKIFF

Foto – SKIFF